Nie ma jak u Ewy - Maciej Nowak Dom i Wnętrze

(...) kolejnym celem wędrówki jest restauracja "Ewa zaprasza" w Sasinie. To właśnie tutaj znaleźli ukojenie państwo Dmochowscy. Ewa jest historykiem sztuki, Marcin - inżynierem rolnictwa.

Dwadzieścia lat temu wyemigrowali wewnętrznie z Gdyni przenieśli się do tej małej wioski niedaleko Łeby.
Najpierw pracowały na nich szklarnie, ale gdy pewnej mroźnej nocy padł ogrzewający je piec, obudzili się rankiem jako bankruci. I wtedy wymyślili, że będą wydawać obiady. Początkowo kilka stolików ustawili w sadzie, potem zaprosili gości do domu: w pokoju z książkami, kominkiem, z wielką kolekcją dzwonków i ryci-nami Gustawa Dore rozstawili stoliki i zaczęli karmić najlepiej jak umieli. A umieli najlepiej.

Dzisiaj, po kilku latach, do wioski zagubionej w plątaninie dróg trzeciej kolejności odśnieżania przyjeżdżają dosłownie tłumy. Dlatego lepiej wcześniej zarezerwować stolik. Gości obsługuje pan Marcin oraz jego synowie i ich koledzy. W kuchni króluje pani Ewa. Większość jej potraw to prawdziwe arcydzieła rodzimej sztuki kulinarnej: obfite, dosmaczone, pełne wdzięku.

Do każdego zamówienia firma serwuje też poczęstunek: śledzie w sosie śmietanowo-musztardowym, o których delikatności krążą legendy. Mnie po nocach śni się pstrąg pani Ewy, czyli prosto z wody, aromatyzowany ziołami, obsypany posiekanym jajeczkiem na twardo, ozłocony rozpuszczonym masełkiem i otoczony gotowanymi ziemniaczkami.

Spróbujcie też tutejszej szarlotki. Jeżeli akurat jej zabrakło, po-proście, by upieczono ją specjalnie dla was. Zróbcie to na moją odpowiedzialność. A gdy po doskonałym obiedzie na stolik wpłyną ciepłe jeszcze kawałki ciasta, obłożone protekcyjną porcją prawdziwej bitej śmietany, zrozumiecie, dlaczego uważa się "Ewę" za najlepszą restaurację w Polsce.

Ociężali, ale szczęśliwi powinniśmy jeszcze zobaczyć latarnię morską w pobliskim Stilo. Prowadzi tam droga brukowana kocimi łbami. Na tablicy z nazwą miejscowości ktoś dopisał: "Koniec świata". W rzeczy samej. Droga urywa się przed wielką wydmą, na której stoi malownicza stara latarnia. Dalej jest już tylko dzika plaża i morze. I tutaj ostatecznie powinien Państwa ogarnąć szał zazdrości.

W tych Waszych kolorowych, egzotycznych kurortach noc zapada znienacka, oblepiając ciała lepkim potem, duchotą i setkami insektów. My, wdrapując się na szczyt latarni morskiej, zachwycamy się wyrafinowanym spektaklem, jakim jest zachód słońca nad Bałtykiem. A od morza wieje orzeźwiająca bryza.

Wróć