Z kieliszkiem w ręku - Aleksandra Zdrojewska Dziennik Bałtycki

Najwięcej gości przyjeżdża tu w niedzielę. Ze wszystkich stron - nie tylko z okolicznych miejscowości, ale z Niemiec, Francji, Norwegii. Upodobali sobie "Ewę Zaprasza" w Sasinie. Bardziej spokojnie jest w dni powszednie, można wtedy pogawędzić przy obiedzie z właścicielami - i o kuchni, i o pogodzie, i o życiu. Wtedy obiad może trwać aż do kolacji. Można też poczytać książkę - jedną z tych, które stoją na półce przy kominku. Restauracja "Ewa" jest dla Ewy i Marcina Dmochowskich jednocześnie domem, w którym mieszkają razem ze swoimi dziećmi. Właściwie słowo "restauracja" nie jest odpowiednim słowem. Po prostu na dole swojego domu państwo Dmochowscy urządzili salę dla gości chcących coś zjeść. Było to kilka lat temu. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie ma dnia, aby ktoś tu nie zaglądnął. Tu się nie słyszy "kotlet schabowy raz!", tu się zamawia "wegetariańskie co nieco", szwajcarską polędwicę albo pstrąga saute. Albo domowe ciasto z wiejską bitą śmietaną. - To żona dopieszcza każdą potrawę, wszystko przechodzi przez jej ręce, pomaga jej tylko córka - mówi pan Marcin. Każde danie przygotowywane jest na zamówienie, nie ma "produkcji taśmowej". "Ewa" ma swoją tajemnicę. Kiedyś będzie tu muzeum dzwonków i pieczęci. Ojciec pani Ewy miał ich ogromną kolekcję i dobrze byłoby przypomnieć ją światu... Teraz kolekcja jest w depozycie, ale w przyszłości będzie tu zaprezentowana i gość oprócz podniebienia zadowoli też swoje poczucie piękna... 

Wróć