Niebiański zajazd, z cyklu Hors d'oeuvre - Maciej Nowak Gazeta Morska

Z nadejściem wiosny warto nieco urozmaicić nasze turystyczno-gastronomiczne szlaki. Zamiast podążać stałą ścieżką na Starówkę czy do Sopotu, w zaklęte (a nieraz i nędzne) rewiry trójmiejskiej gastronomii, zachęcam do wyprawy za miasto.

Mam dla Państwa propozycję naprawdę ciekawą: wystarczy na szczecińskiej szosie skręcić w Bolszewie zaraz za Wejherowem w kierunku Żelazna, a potem trzymać się drogowskazów na Słupsk. Po około czterdziestu kilometrach, za Przebędowem, skręcić w lewo na Kurowo, a stamtąd przez Ciekocino dotrzeć do Sasina, niewielkiej wioski na granicy województw gdańskiego i słupskiego.

Nie ma tutaj szczególnie cennych zabytków ani fascynujących dziwów natury. Jest zjawisko po stokroć milsze: doskonała restauracja. Nazywa się Ewa Zaprasza i zaręczam; że kto raz tu trafi, wracać będzie regularnie. Rodzinne przedsiębiorstwo państwa Dmochowskich rezyduje w niepozornej, przydrożnej chałupie, oplecionej winną latoroślą. Gdy znajdziecie się tam po raz pierwszy, w początkowym odruchu zapragniecie być może natychmiast wyjść, gdyż speszeni uznacie, że przez nieuwagę naruszyliście intymność prywatnego mieszkania. Ale tak właśnie tutaj jest: Ewa Zaprasza to knajpa rodzinna również w tym znaczeniu, że każdy przybysz podejmowany jest niczym serdeczny przyjaciel w atmosferze prawdziwie familijnej.

Dwa niezbyt obszerne pokoje mieszczą jedynie pięć stołów. W rogu stoi regał z książkami, maszyną do pisania i domowymi bibelotami, w centralnie usytuowanym kominku zawsze płonie żywy ogień. Gdy zrobi się ciepło, stoliki dla gości pojawią się także w sadzie, który wieczorem, oświetlony lampionami, urozmaicony altaną i pergolami, wypełniony szmerem przepływającej przezeń strugi, robi wrażenie na poły bajkowe. Na razie jednak do dyspozycji są wyłącznie miejsca wewnątrz. Ze względu na ich niewielką liczbę, przed wyprawą najbezpieczniej zarezerwować stolik telefonicznie.

Moda na bywanie w podmiejskich knajpach zrodziła się w okresie międzywojennym i właściwie przetrwała całą Polskę Ludową. Była wyrazem swoistej przekory. Naturalnym elementem wiejskiego życia jest karczma czy gospoda, których funkcje po wojnie przejęły GS-y prowadzące głównie wyszynk i bardzo ograniczoną ofertę gastronomiczną.

Urządzanie w podmiejskich wioskach restauracji, przybytków wyrastających przecież z miejskich, urzędniczo-inteligenckich tradycji, świadczyło o pewnym wyrafinowaniu, było swoistym nawiązaniem do wzorców życia dworkowego. A za tym tęskniliśmy i tęsknimy przecież tak bardzo. Coś z tych snów o dawnej potędze wyczuwa się też w Sasinie.

Na stołach znajdują się stare mosiężne świeczniki, pieczywo podawane jest w pięknie zaśniedziałym, starożytnym srebrnym koszyczku, na etażerce zaś kusi... komplet tomów PIW-owskiej serii "ceramków".

Obiad zaczynamy od przystawki, którą podają tutaj gratis, jako poczęstunek na przywitanie. Są to doskonałe, delikatne w smaku śledzie w sosie z majonezu własnej roboty. Zresztą generalną zasadą sasińskiej kuchni jest podawanie na stół wyłącznie produktów miejscowych.

Zaraz po przystawce spróbujcie rosołu: jest perfekcyjnie klarowny i aromatyczny, a przy tym pełen pokrojonych w talarki jarzynek, kawałków kurzego mięsa i lanych kluseczek.

Z mięs z czystym sumieniem polecić mogę zrazy wołowe zawijane: duże, kruche, z klasyczną zawartością w postaci cebulki, słoninki i ogórka, polane interesującym, czerwonawym, zawiesistym sosem. Poprawna jest polędwica po angielsku, czyli duży kawał rozbitej delikatnie wołowiny, usmażony na ostrym ogniu wedle życzenia gościa. Trochę zawodzą pieczeń z sarny i pieczeń z baraniny. Zaledwie poprawne, z sosem zaprawionym niebezpieczną ilością mąki ziemniaczanej. Ale te zarzuty to wszystko fraszka. Podchodzimy bowiem do arcydzieł, które rekompensują z naddatkiem drobne wpadki. Zalicza się do nich przede wszystkim golonka z rusztu. Zamawiałem ją z lekkim niepokojem, gdyż jak już to zdradzałem w poprzednich felietonach, czuję się golonkowym specjalistą, a z przyrządzaniem na ruszcie, prawdę powiedziawszy, jeszcze się nie spotkałem. To, co otrzymałem, przeszło najśmielsze oczekiwania. Peklowana, potem chyba ugotowana, położona została na ruszt w ostatniej fazie przygotowań, po to, by wytopił się z niej tłuszcz. Dzięki temu jest to golonka dla każdego, również dla tych, którzy krzywiąc się zwykle na grubą warstwę łoju, tym razem będą musieli przyznać, że świńska noga należy do najdoskonalszych tworów natury.

Opieczenie na grillu nadało skórce kolor i konsystencję złotego pergaminu, co dodatkowo a naocznie uwydatnia fakt, że sasińska golonka jest jednym z cudów świata.

Podano mi ją w towarzystwie sześciu (!) sosów: tatarskiego, czosnkowego, chrzanowego, chrzanu, musztardy oraz cumberlanda. Spróbowałem każdego, lecz uzależniłem się od cumberlanda. Wprawdzie różni się on nieco od klasycznej wersji na bazie galaretki z porzeczek, soku i skórki z pomarańczy oraz czerwonego wina, jednak w wydaniu bardziej rodzimym jest także oszałamiający. A do golonki z rusztu pasuje idealnie, wynosząc zwykłego wieprzka do godności arystokraty.

Fundamentalistom, którzy mimo zachęt nie są w stanie tknąć golonki, proponuję sięgnięcie do tutejszych pstrągów. Przyrządzane są na dwa sposoby: zapiekane w śmietanie oraz po polsku. Rybki pochodzą z pobliskiej hodowli, w związku z czym przede wszystkim mają zniewalający urok świeżości. Zalecają się także wyrafinowanym bukietem ziół, użytych przy ich przygotowaniu.

Mnie szczególnie urzekł pstrąg po polsku, przyrządzony wedle starego przepisu, nakazującego ugotowaną w ziołach i warzywach rybę posypać posiekanym jajkiem na twardo. Gdy dodamy do tego drobinę świeżego masła, kilka kropel soku z cytryny oraz ugotowane ziemniaczki, to zaręczam, że łagodny, jedwabisty smak tej potrawy czyni ludzi lepszymi i piękniejszymi. To propozycja dla tych, którzy marzą o niechcicowskim Sarbinowie majową porą, bądź też chętnie widzieliby się w jasnych garniturach i słomkowych kapeluszach czechowiowskich bohaterów.

Zakończyć posiłek można dwojako. Albo domowym ciastem polanym bitą śmietaną, albo, co bardziej oryginalne i ekscytujące, płonącym winem. Jest to tutejszy wynalazek, o dość ekscentrycznym charakterze. Serwowane jest w dziwacznej konstrukcji, będącej połączeniem maszynki do fondue i grilla. W miseczce, pod którą płonie kostka spirytusowa, grzeje się gronowe czerwone wino, wymieszane z niewielką ilością korzennych przypraw. O brzegi naczynia oparta jest z kolei grillowa kratka, na której płonie duża głowa cukru. W efekcie karmelizujący się cukier spływa do grzejącego się wina, nadając mu specyficzny smak. Ten ogniowo-cukrowo-winny cyrk może stanowić mocne zwieńczenie długiej biesiady.

Na wyprawę do Sasina przeznaczyć trzeba co najmniej pół dnia, ale naprawdę nie będą tego Państwo żałowali (...).
Wiosenna podróż gastronomiczna na rubieże województwa gdańskiego dostarcza wrażeń szczególnych. A gdy jeszcze weźmiecie ze sobą tych, którym w oczy patrzeć lubicie, to już o prawdziwym i nieodwołalnym nadejściu wiosny przekonacie się ostatecznie. Czego i ja doświadczyłem.

Go back